ci panowie nie mają litości - wydają płyty z zadziwiającą, zastanawiającą wręcz regularnością. oto kolejna - amerykańska formacja prog-rockowa the mars volta powraca płytą zatytułowaną "octahedron". po emowo-punkowo-hard core'owych korzeniach większości jej muzykow nie ma już oczywiście ani śladu - to dziś zespół grający rasowego rocka progresywnego, z jednej strony opierając się na klasycznych wzorcach, z drugiej - z muzykami, którzy dobrze wiedzą, co wydarzyło się w muzyce w ciągu ostatnich kilkunastu lat. ta płyta jest może ciut mniej przyswajalna i - choć w przypadku tej grupy to chyba nie najlepsze słowo: przebojowa - niż poprzednia. ale fani z pewnością będą zachwyceni.
skomentuj (0)po sporej przerwie powraca amerykańska grupa gossip. jej najnowsza płyta zatytułowana jest "music for men", co w ustach beth ditto brzmi jak oczywista i grubymi nićmi szyta prowokacja. no właśnie - beth ditto. ta płyta jest kolejnym dowodem na to, że bez niej ten zespół nie byłby tym, czym jest teraz. album zawiera dość przeciętną muzykę - mocno uładzony pod względem brzmieniowym punk rock, pożeniony z kilkoma innymi gatunkami. niby nic szczególnego, ale gdy dodać do tego głos wokalistki, a przede wszystkim - jej osobowość, nagle ten zespół zaczyna lśnić zupełnie innym swiatłem.
skomentuj (0)wreszcie! na tą płytę trzeba było tak długo czekać! ale jest. najnowszy album reginy spektor, zatytułowany "far". i znów artystka zadziwia swoim świetnym głosem, swoimi znakomitymi melodiami i dającymi do myślenia tekstami. nowa płyta jest z pewnościa dużo spójniejsza od "begin to hope", ma też na pewno o wiele większy potencjał komercyjny - trochę zabrakło tu spektor w wersji szorstkiej i zadziornej. ale i tak ta płyta zachwyca od pierwszego do ostatniego dźwięku.
skomentuj (0)kolejne ważne odkrycie ze szkocji, wpisujące się idealnie gdzieś między the twilight sad a frightened rabbit. zespół nazywa się dość zastanawiająco: we were promised jetpacks i właśnie wydał swoją płytę pod tytułem "these four walls". podobnie jak w przypadku dwóch nieco słynniejszych zespołów, ta grupa prezentuje niemal rozdzierająco smutną, a jednocześnie bardzo energetyczną muzykę, w najlepszej indie rockowej tradycji: są więc, momentami brzmiące dość mocno, gitary, są niezłe melodie, są wpadające w ucho refreny, a wszystko udekorowane na dodatek głosem wokalisty o niepowtarzalnym szkockim akcencie. kolejna ważna płyta do kolekcji. na jesieni będzie jak znalazł.
skomentuj (0)drugą płytę wydał właśnie jeden z najciekawszych artystów na amerykańskiej scenie nowego alt-country, deer tick. tym razem nie jest to jednak już tylko pseudonim, pod którym ukrywa się john mccauley - człowiek orkiestra, obdarzony niezwykłym głosem prawdziwego trapera i niezaprzeczalnym talentem do pisania świetnych piosenek. tym razem chodzi o cały zespół - pełen skład, który prezetuje na tej płycie dużo bogatsze brzmienie niż to, znane z debiutanckiego albumu sygnowanego tą nazwą. "born on flag day" jest więc zbiorem mocnych, choć niezbyt może przebojowych, piosenek, w których country płynnie przechodzi w indie rock, a ten z kolei w soczystego bluesa. nieważne jakiego dnia urodził się mccauley, ważne, że jest mistrzem takiego grania.
skomentuj (0)ten album zwraca uwagę już samą swoją nazwą. no bo jak może być inaczej, skoro ktoś tytułuje swoją płytę słowami: "...at the moment of our most needing or if only they could turn around, they would know they weren't alone". chodzi o kanadyjską formację rock plaza central, grupę, która była bliska zrobienia sporej kariery (było to kilka lat temu, gdy ukazała się jej płyta "are we not horses"), ale jakoś nie do końca się udało. i nie uda się zapewne i tym razem, bo choć najnowsze dzieło muzyków z toronto jest wciągające i ciekawe, ale zdecydowanie daleko mu do przebojowości. z jednej strony: freak-folkowa, z drugiej - lekko psychodelizująca, ta płyta może naprawdę poruszyć, ale tylko koneserów takiego grania.
skomentuj (0)po długiej przerwie powraca jedna z najciekawszych - przynajmniej do tej pory - szwedzkich formacji noworockowych, grupa the sounds. zespół przypomina o sobie albumem o - teoretycznie - bardzo obiecującym tytule "crossing the rubicon". niestety, w przypadku tej płyty, chodzi o rubikon pomiędzy ognistym, dynamicznym, może nie do końca oryginalnym, ale broniącym się swoją świeżością graniem, a zmęczoną muzyką bez pomysłu, energii i choćby śladów żaru. gdzie się podziały świetne refreny? gdzie się podziało surowe brzmienie? gdzie się podziały zawrotne linie wokalne? gdzie to wszystko, co definiowało do tej pory ten zespół. najnowszą płytę mógł niestety nagrać zupełnie inny zespół i nikt nie zauważyłby różnicy.
skomentuj (0)